Budząca strach w ludziach Królowa Matematyka


W grudniu, tuż przed świętami, pechowi uczniowie z rocznika 1996, tegoroczni maturzyści mieli ogromną przyjemność podjąć się napisania próbnej matury z matematyki, języka polskiego, języka angielskiego oraz jednego, wybranego przez siebie, przedmiotu rozszerzonego. Zostały one przygotowane przez CKE (Centralną Komisję Egzaminacyjną), choć część szkół wcześniej, w listopadzie pisała matury z Operonu. W tym tygodniu, wraz z poznawaniem wyników naszło mnie kilka drobnych refleksji, a szczególnie jedna, związana z Królową Nauk – Jej Wysokością Matematyką. 

Nigdy nie miałam problemów z matematyką, był to dla mnie stosunkowo prosty przedmiot, choć nigdy go nie lubiłam. Prawdopodobnie miało to związek z tym, że gdy inne dzieci bawiły się na wyjazdach w wakacje, ja spędzałam miesiąc z ciocią ex-matematyczką. Kobieta przemiła, dobrze gotująca, ale wymagająca pod aspektem swojego przedmiotu. Uczyła mnie dzień w dzień, mimo protestów, płaczu, wykładania się na stole i mówienia, że to wszystko jest głupie (jaki inny argument mogłam mieć w wieku dziewięciu lat, co?). W każdym razie z matematyki byłam dobra. Aż do czasów nieszczęsnego liceum...

Kiedy nagle w pierwszej klasie zagroziła mi trója na semestr, gdy wcześniej bez uczenia się miałam 5, przeżyłam szok. Możliwe, że chodziło o to, że jestem już poprzeczkę wyżej, niby to tylko podstawa z matematyki na moim profilu, ale zawsze to ogólniak. W związku z tym zaczęłam się trochę więcej uczyć i w końcu była ta czwórka, a na koniec drugiej klasy prawie, że piątka, gdyby nie durna trója na semestr. Można by pomyśleć, że to moja wina, mea culpa, mea maxima culpa i powinnam bić pokłony przed królową, panią nauk.

Może i powinnam się przyłożyć, ale prawda jest taka, że to nie tylko moja wina. Nauczycielka NIE UMIE tłumaczyć, jest świetną personą, jeżeli trzeba jechać na wycieczkę, pogadać o studniówce czy o polskich serialach, ale uczyć matmy nie potrafi. Nie każdy ma talent, a wielu nauczycieli po prostu się wypala, może i ona też po długich latach już nie ma smykałki i dlatego notorycznie popełnia błędy na tablicy. W każdym razie nie zaliczam jej do kompetentnych nauczycielek.

Moimi słabszymi ocenami zmartwili się rodzice, którzy we wrześniu trzeciej klasy posłali mnie na dodatkowe zajęcia z matematyki. Na wszystkich próbnych maturach z lat poprzednich: próbnych, majowych czy poprawkowych szło mi dobrze, osiągałam mniej więcej 70%, a z czasem nawet więcej punktów. Dlatego też, idąc na próbną maturę z matematyki w tym roku spodziewałam się, że napiszę to na nie mniej niż 70%.

Już z pierwszym zadaniem przeżyłam szok. Błąd względny. Kiedy to było? W gimnazjum, pani z LO mówiła, że tego nie będzie robić, bo mamy to pamiętać. Po pierwszej stronie zadań byłam bliska załamania nerwowego! Jeżeli ktokolwiek miał do porównania arkusze z dwóch poprzednich lat i tegoroczne grudniowe na pewno zobaczy sporą różnicę. Normalnie dało się dostrzec na maturach pewnego rodzaju powtarzanie się charakterystycznych zadań, można się było nauczyć wykonywać dany typ stosunkowo szybko i na przyszłość miało się pewność, że zrobię to bez problemu. Tym razem zadania były zupełnie innej skali. Tutaj jakieś rzeczy, których jeszcze nie zdążyłam przerobić w szkole, tutaj coś, czego nigdy na oczy nie widziałam, tam jeszcze coś... Ze stresu zaczęłam robić głupoty, a więc, żeby się jeszcze bardziej nie pogrążyć wyszłam ponad godzinę przed czasem z matury.

Nie uznaję tego za błąd, choć moja babcia patrzyła na mnie z byka, nauczycielka na sali była w szoku, a przyjaciółki zastanawiały się, czy się poddałam czy jestem takim geniuszem, że już wszystko zrobiłam. Gdybym siedziała tam dłużej, prawdopodobnie wywaliłabym arkusz przez okno (sama za niego musiałam zapłacić, to mogę) i rzuciła w kogoś długopisem. Po uspokojeniu nerwów, z kim rozmawiałam, mówił mi, że było tragicznie, że nie zda, że co to w ogóle było. Znajomi z mat-fizu mówili, że nie umieli niektórych zadań. Dyrektorka (matematyczka) uznała, że skoro taka próbna, to i taka majowa, bo CKE nie chce z powrotem wyników tej próbnej matury.

W każdym razie, dochodzimy do dzisiaj. Pani na matematyce z grobową miną trzyma plik arkuszy w rękach, mówiąc, że średnia klasy to 36,07%, że 11 osób nie zdało, najwyższy wynik w klasie to 62%, a tylko trzy osoby mają więcej niż 50% punktów (tak, jesteśmy najlepszym LO w mieście, z 60-letnią tradycją, wielką rodziną, która się kocha). Oczywiście belferka szybko znalazła wytłumaczenie: nie chodzimy do szkoły, nie uczymy się, nie robimy powtórek, jesteśmy be, niedobrzy.

Zastanawia mnie tylko jedno, gdyby w klasie nie zdały jedna, dwie osoby, to byłoby normą, ale skoro nie zdaje 1/3 osób, to coś jest bardzo nie halo. To wina arkusza? Nauczycielki, która notorycznie nie wyrabia się z materiałem i nie umie tłumaczyć? Czy ucznia? Nie wydaje mi się, abym miała klasę debili, w której 30% nie potrafi zdobyć 15 punktów. A więc coś jest nie tak.

Możliwe, że to nie tylko wina nauczycielki, a arkusza, w czerwcu napisałam próbną maturę na 76%, tym razem miałam 44%, kolega z ponad 90% spadł an 62%. A skoro nastąpił taki spadek, to zaczynam się martwić, ile osób nie zda tegorocznej matury.

Komentarze

  1. Zawsze tak straszą tymi próbnymi! Dlatego mówią, że w maju też taka będzie. Gówno prawda, przeważnie próbne są trudniejsze, żeby uczniowie nie spoczęli na laurach tylko się dalej pięknie uczyli, tyle :D Także nie przejmuj się, będzie dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że masz rację :P Niby wiele osób tak mówi, ale mimo wszystko to dość stresujące.

      Usuń

Prześlij komentarz

.

Copyright © Kulturalna meduza