Jak to było z tym Certificate of Proficiency?

Po prawie 16 latach nauki angielskiego, 9 marca napisałam swój pierwszy w życiu egzamin Cambridge. Zaczęłam jednak od końca, ponieważ podeszłam do CPE, czyli Certificate of Proficiency in English. O co chodzi z tymi egzaminami? Jakie są moje wrażenia?

Ale  o co właściwie chodzi?


Pod skrótami KET, PET, FCE, CAE czy CPE kryją się egzaminy organizowane kilkakrotnie w ciągu roku przez University of Cambridge na całym świecie. Dla każdego poziomu językowego, od A2 wzwyż, przygotowany jest odpowiedni egzamin, który składa się z części pisemnej oraz ustnej. 

Obydwie dzielą się na jeszcze mniejsze części, sprawdzające kolejne umiejętności egzaminowanego. W związku z tym osoba podejmująca się przystąpienia do testu, musi wykazać się znajomością gramatyki, słownictwa, rozumienia tekstów oraz nagrań, a także tworzenia własnych wypowiedzi w formie pisemnej oraz ustnej. Cały egzamin trwa około czterech godzin, a ceny wzrastają razem z poziomem, wahając się (mniej więcej) od 600 do 700 złotych. Niestety zapewnienie o zdaniu egzaminu nie jest wliczone w jego cenę.

Egzamin wymaga konkretnych odpowiedzi, znajomości właściwych słów oraz umiejętności rozwiązywania wskazanego typu zadania. A zatem nie chodzi tylko o to, żeby z łatwością potrafić się porozumiewać, ale o to, by przekształcić jedno zdanie w drugie, zachowując jego sens oraz wykazać się umiejętnością czytania ze zrozumieniem. Pytania są bardzo konkretne, a klucz ścisły, przez co udzielane odpowiedzi muszą być idealnie wypracowane. Nauczenie się tego wymaga czasu poświęconego na wykonywanie zadań raz po raz oraz zapamiętywanie odpowiednich fraz, które są pożądane przez egzaminujących. Brzmi trochę frustrująco, co?

Na co one komu?


Skoro jest z tym tyle zachodu – nie dość, że nie są to tanie egzaminy, to jeszcze wymagają przygotowania na własną rękę i w większości przypadków uczęszczania na kurs przygotowawczy – to po co właściwie się za to brać?

Żyjemy w czasach, w których angielski nie jest już traktowany jako obcy język, a jako drugi, równorzędny z ojczystym. Wielokrotnie od razu zakłada się, że potrafimy mówić po angielsku, a w przypadku braku takich umiejętności zderzenie z rzeczywistością może być bolesne. Przyjmując, że naszym swoistym obowiązkiem jest znajomość tego języka, wypadałoby go jakoś potwierdzić. Czasami, będąc jednym z wielu składających CV, trzeba wyróżnić się na tle reszty. A dla pracodawcy wiarygodniejsze jest potwierdzenie znajomości języka certyfikatem respektowanym na całym świecie, niż obietnica złożona przez potencjalnego pracownika.

Posiadanie certyfikatu niesie ze sobą również inne korzyści. Dzięki niemu łatwiej podjąć się pewnych obowiązków – wyjechać za granicę w ramach wymiany studenckiej, znaleźć tam pracę czy podjąć się studiów w innym państwie. Odpowiedni poziom certyfikatu umożliwia nawet nauczanie w szkołach językowych w wielu atrakcyjnych państwach na całym świecie. Krótko mówiąc: mimo wysiłku, który trzeba włożyć w zdanie tego egzaminu, naprawdę warto!

Jak to było w moim przypadku?


Wielkie przygotowania


Angielskiego uczę się od siódmego roku życia, a przynajmniej przez połowę tego czasu w szkołach językowych. Zdarzały mi się mniejsze lub większe przerwy, jednak chodzenie na kurs jest dla mnie tak normalne, że bez tego czuję się nieco nieswojo. Dlatego równie naturalnym było, że prędzej czy później jakiś certyfikat postanowię zrobić. Przy czym najpierw myślałam o FCE (B2), ale zanim zdecydowałam się na to rozwiązanie, weszłam na poziom C1. Nie żebym potem zdawała CAE, zamiast tego podjęłam się po maturze darmowego testu City&Guilds. Dopiero na drugim roku studiów rozpoczęłam przygotowania do CPE, uznając, że to jedyne, co mi pozostało do zrobienia.

No i... przekładałam ten egzamin trzy razy.

Trzykrotnie z różnych powodów uznałam, że jednak tego egzaminu nie powinnam na razie zdawać, że jeszcze warto się pouczyć i że przecież mam czas. Dlatego też przez prawie rok powtarzałam, że „podejdę do CPE w następnej sesji‟, aż w końcu zapisałam się, zapłaciłam i uświadomiłam sobie, że, cholera, wypadałoby się pouczyć trochę więcej niż dotychczas. Bo niestety samo chodzenie na kurs nie przyniesie wystarczających efektów. Przygotowanie do tego typu egzaminów wymaga dużo samodzielnej pracy.

Dlatego też luty był dla mnie trudny. A jeszcze trudniejszy był dla moich bliskich, którzy regularnie musieli słuchać stwierdzeń typu: „a co jeżeli nie zdam?‟ bądź „nie mogę, muszę się pouczyć‟. A w sprawie tego drugiego naprawdę nie przesadzałam, ponieważ na przestrzeni miesiąca przerobiłam kilka próbnych testów CPE, dwa podręczniki przygotowujące do egzaminu oraz kilka książek z zadaniami jednego typu (za największe osiągnięcie uznaję przerobienie 1000 word-formations w niecały tydzień). Możecie uznać, że zwariowałam, ale było warto, ponieważ z części związanej ze znajomością gramatyki oraz słownictwa miałam 228/230 punktów.

Dzień 0


Mimo ilości przerobionych materiałów, do egzaminu podeszłam spanikowana, ale już po pierwszej części (Use of English i Reading) uświadomiłam sobie, że teraz i tak już niczego więcej się nie nauczę, więc mogę jedynie dać z siebie 100%. To pozytywne, stosunkowo bezstresowe nastawienie utrzymywało się przez większość czasu. Na Writing'u wybrałam opcję napisania recenzji ulubionego bloga (serio, jak zobaczyłam ten temat, miałam ochotę zacząć piszczeć z radości), z kolei Listening, choć chwilami nie należał do najprostszych, również poszedł mi całkiem sprawnie. Obawy powróciły dopiero przy ostatniej części.

Bo widzicie... po wyjściu z egzaminu ustnego byłam przekonana, że oblałam.

Jeszcze dzień przed CPE części ustnej w ogóle się nie obawiałam. Przez ostatnie półtora roku regularnie rozmawiałam z native speakerami, wiedziałam, że mam swobodę wypowiedzi, umiem lać wodę i przestawić się z polskiego na angielski za pstryknięciem palców. Jednak kiedy znalazłam się na sali egzaminacyjnej, kiedy usiadłam na przeciwko egzaminatora, nagle zapomniałam wszystkich mądrych słów, które znam. Co gorsza: miałam wrażenie, że nagle zatraciłam możliwość tworzenia opinii na jakikolwiek temat nawet w języku polskim (a miałam bardzo przyjemne tematy: „jakość czy ilość?‟ oraz książki). Niestety stres zrobił swoje.

Następne dni znowu były trudne, ponieważ cały czas miałam w głowie, co powinnam była powiedzieć. Po jakimś tygodniu w końcu te myśli mnie opuściły (i dobrze, bo prawdopodobnie bez tego wpędziłabym się do grobu), a kiedy otrzymałam wyniki 5 kwietnia, okazało się, że ustny poszedł mi najgorzej ze wszystkich części, co wcale mnie nie zaskoczyło. Jednak nie przejmuję się tym za bardzo, ponieważ wiem, że mój kiepski popis był spowodowany stresem, a nie brakiem umiejętności.

Pomyłki się zdarzają


No właśnie. Potknięcia są nieuniknione. Czasami zapomni się jakiegoś słowa, czasami ze stresu pojawią się problemy z tworzeniem logicznych zdań. Na szczęście żeby oblać potrzeba trochę więcej niż kilka błędów oraz używania prostych słów w części ustnej. Jesteśmy tylko ludźmi i każdy z nas popełnia błędy. Tym bardziej w stresie.

Ba! Zdarzają się też mniejsze pomyłki, które ostatecznie mogą bawić. Dzień przed egzaminem, niczym stereotypowa kobieta, stałam przed szafą, nie wiedząc, jak powinnam się ubrać. Moja rodzicielka uznała, że mam nie przesadzać i ubrać się normalnie.

I wiecie, kto był jedyną osobą nie w koszuli/eleganckiej sukience/ołówkowej spódnicy/szpilkach? Ten bezkręgowiec!

Oglądając filmiki z egzaminów ustnych, widziałam, że ludzie nie wyglądali na szczególnie odświętnie ubranych. W związku z tym uznałam, że rurki i sweter to odpowiedni strój. Cóż, nikt mnie z sali nie wyprosił, ale w pierwszej chwili musiałam powalczyć ze swoją wewnętrzną konsternacją, że na tle innych wyglądałam, jakbym była tutaj z przypadku. Ostatecznie jednak uznałam to za całkiem zabawne, a przynajmniej nie męczyłam się w szpilkach czy zapiętej po ostatni guzik koszuli.

Czy jest trudno?


Właściwie nie jestem w stanie tego ocenić. To kwestia indywidualna, co dana osoba uzna za trudne. Każdy poziom charakteryzuje się pewnymi wymaganiami. Z kolei na CPE od egzaminowanego oczekuje się znajomości praktycznie wszystkiego. To istna ruletka, w której albo spasują ci słówka i okaże się, że je znasz albo będziesz mieć pecha i natrafisz na sformułowania, które pierwszy raz widzisz na oczy. To było moim głównym powodem do obaw, ponieważ przerabiając liczne materiały, nie przypominam sobie, żebym spotkała się z powtarzającymi się zadaniami.

Jeżeli ktoś regularnie się przygotowywał, przerabiał różne materiały, uczył się i był w stałym kontakcie z językiem, to nie ma się czego obawiać. Stres jest, ale jeżeli wcześniej wypadało się dobrze na próbnych testach, a nauczyciele języka mówili, że sobie poradzi, to warto spróbować.

Złote rady Kulturalnej Meduzy, czyli jak zdać CPE?


1. Po pierwsze i najważniejsze: dobrze się przygotować. Rada prawie jak żadna, wiem, ale niestety prawdziwa. Polecam wykonywać liczne zadania, przerabiać podręczniki oraz próbne egzaminy, ponieważ to naprawdę przynosi efekty.

2. Wykorzystuj każdą okazję do kontaktu z językiem. Oglądanie filmików na YouTubie, seriali na Netflixie bez lektora czy napisów, czytanie książek w oryginale... One wszystkie przynoszą efekty: pozwalają na wyłapanie słownictwa, fraz, oswojenie się z językiem oraz przyswojenie struktur gramatycznych. Przy okazji jest to dobry sposób na to, aby uczyć się angielskiego i przy tym nie zwariować!

3. A w trakcie egzaminu? Warto pamiętać, aby dobrze wykorzystać czas. Zdarza się, że wystarczy zastanowić się nieco dłużej nad którymś zadaniem, a olśnienie przyjdzie. Kiedy do końca pierwszej części zostało mi jakieś dziesięć minut, uznałam, że zapamiętam transformację, której nie potrafiłam zrobić. Dzięki temu będę mogła ją potem omówić z jakimś nauczycielem. Ucząc się tego zdania na pamięć, uświadomiłam sobie, jak je wykonać, więc na minuty przed końcem poprawiałam swoją kartę odpowiedzi.

4. Sprawdź odpowiedzi dwa razy. Jak na maturze, zagospodaruj chwilę na to, aby sprawdzić, czy aby na pewno wybrałeś dobrą odpowiedź i czy taką przenosisz do klucza. Głupio byłoby stracić punkty na czymś tak niewielkim, prawda?

5. Nie rozmawiaj o zadaniach z innymi. Wykorzystaj przerwy na rozmowy o pogodzie, o zainteresowaniach, o książkach, ale postaraj się nie poruszać tematów związanych z tym, co właśnie pisaliście. Jeżeli wasze odpowiedzi będą się różnić, możecie zacząć się głowić, kto ma rację, co ostatecznie dodatkowo potrafi zestresować.

6. A skoro o tym mowa, to nie analizuj tego, co powiedziałeś. Przygotowując się do egzaminu ustnego, uświadomiłam sobie, że popełniając błąd, uświadamiam go sobie i zaczynam analizować całą sytuację. Przez to się stresuję, tracę wątek i nie skupiam się na tym, co powinnam mówić w następnej kolejności. Dlatego pamiętaj: jeżeli popełniłeś błąd, postaraj się za bardzo tego nie roztrząsać.

7. W trakcie egzaminu ustnego nie patrz na osoby, które zapisują punkty. To jedna z rad, którą otrzymałam przed CPE. To trochę jak w punkcie wyżej: widząc, że ktoś coś notuje, zamiast na wypowiedzi, skupiamy się na głowieniu, jaki błąd popełniliśmy albo ile punktów zdobyliśmy.

8. Uśmiechaj się, podtrzymuj kontakt wzrokowy – po prostu zachowuj się normalnie. To rada, którą wyczytałam gdzieś w otchłaniach internetu w trakcie przygotowań. Egzaminujący to również człowiek, a więc warto o zachowanie jak najbardziej przyjacielskiej atmosfery. Takie gesty jak uśmiech czy kontakt wzrokowy również podkreślają naturalność wypowiedzi.

9. Być dobrej myśli! Siedząc na sali egzaminacyjnej stres oraz głowienie się nad tym, czego jeszcze mogliśmy się nauczyć nic już nie da. W związku z tym pozostaje zachować choć trochę optymizmu.

A wy zdawaliście jakiś egzamin Cambirdge albo macie go w planach?

Komentarze

  1. Czytam Twojego bloga już od jakiegoś czasu, ale jeszcze nie komentowałam...
    Chciałabym Ci pogratulować pracy i sukcesu! CPE nie jest łatwe. Kiedyś zastanawiałam się, czy nie spróbować, ale nie było to bardzo potrzebne. A teraz studiuję w UK, więc język znam i narazie nikt ode mnie nie wymaga dodatkowych dowodów znajomości angielskiego. I też się bardzo stresuję na wszlekich egzmainach, szczególnie ustnych! Jak zdawałam francuski odpowiednik CPE, czasem trudno było mi się wysłowić (mimo że swobodnie się czuję w tym języku, ale też nie trafiłam na dobry temat...).
    Na szczęście nie było aż tak źle, jak myślałam!
    Bardzo mądre rady i świetny post!
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za lekturę mojego bloga i to, że postanowiłaś skomentować! Każdy komentarz motywuje do dalszej pracy :D No i jeszcze dziękuję za wszystkie miłe słowa.
      Skoro już studiujesz za granicą, to sądzę, że dla wielu oczywistym jest, że język znasz, więc możliwe, że certyfikat akurat z angielskiego nie będzie aż tak konieczny. Jednak gdybyś kiedyś się zdecydowała, to trzymam kciuki i życzę powodzenia!
      Te ustne jakoś zawsze bardziej stresują :/ Ale dobrze, że mamy to już za sobą!

      Usuń
  2. Chciałam kiedyś zdawać bodajże CAE, ale na chęciach się zakończyło :)) Gratuluję wytrwałości i zdanego egzaminu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Gdybyś kiedyś jednak się zdecydowała na zdawanie, to trzymam kciuki i życzę powodzenia :D

      Usuń
  3. Wow, gratuluję sukcesu <3.

    Można powiedzieć, że w czerwcu podchodzę do takiego egzaminu, tylko że w formie egzaminu z PNJA :P. Na praktycznych ćwiczeniach ogarniamy wszystko to co wymieniłaś. Najłatwiej przyswajam idiomy czy słówka. Najgorszym utrapieniem dla mnie to są tzw. phrasals. Uczenie się ich to jest jakaś katorga! Z kolei z gramatyką bywa różnie. To zależy od przerabianego działu. W każdym razie mamy taką wielką książkę i uczymy się z niej. Ostatnio jakiekolwiek słuchanie miałam na pierwszym roku, bo uczelnia wychodzi z założenia, że już to umiemy i nie ma sensu robić tego typu ćwiczeń. Natomiast czytanie ze zrozumieniem u nas to jest jakaś masakra! Te teksty są napisane w taki sposób, że ciężko je zrozumieć. Tym bardziej to boli, bo przez pierwsze dwa lata studiowania szło mi całkiem nieźle, a teraz dowiaduję się, że tak nie do końca :P. Pocieszam się, że w cierpieniach nie jestem sama, bo aż 90% roku :D.

    Też czasami tak masz, że już nie umiesz normalnie mówić po polsku, bo wtrącasz angielskie słowa? I często wchodzę w słownik, żeby sprawdzić jak po polsku się mówi to słowo^^.

    Jakie książki/materiały byś poleciła do nauki CPE? Może przyda mi się przed egzaminem taka powtóreczka <3.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję <3

      Phrasale są trudne, ponieważ trzeba je wykuć na pamięć i nie ma innego sposobu, aby to ogarnąć ><
      Wiesz co, to może spróbuj robić też readingi na własną rękę? Tak naprawdę po czasie, gdy już wie się, czego szukać, wychodzi to naprawdę łatwo. To trochę kwestia przyzwyczajenia.

      Zdarza mi się, że nie umiem przez chwilę przypomnieć sobie polskiego słowa, ale po chwili mi się udaje. O wiele częściej mam tak, że uznaję, że po angielsku istnieje trafniejsze określenie, lepiej oddające to, co chcę wyrazić niż w języku polskim.

      Zdecydowanie polecam "CPE Use of English for the revised Cambiridge Proficiency Examination" autorstwa Virginii Evans od Express Publishing. Potężna książka, która trafiła mi się na tyle późno, że nie przerobiłam jej całej. Każdy rozdział skupia się na innym dziale gramatyki i świetnie pozwala wszystko sobie powtórzyć i przerobić jeszcze raz.
      Zależnie od tego, z czym masz problem, w internecie na pewno znajdziesz specjalne materiały, które skupiają się na wybranym typie zadań. Dla mnie jakimś dramatem były word-formations, ale (jak pisałam w poście) przerobiłam książkę "CPE word formation 1000 sentences" od Open Univerisity z 2015. Po tym ćwiczeniu nawet jeżeli słów nie znałam, miałam przeczucie, jak należy je przekształcić, aby było dobrze.
      Przerobiłam też "Cambridge English Objective Proficiency" Petera Sunderlanda i Erici Whettem z 2015, która pokrywa różne typy zadań z CPE (na pewno tu znajdziesz readingi). Jeżeli szukasz też jakichś trudniejszych tekstów, polecam poszukać przykładowych testów CPE i porobić readingi stamtąd - na pewno będą stanowiły wyzwanie.
      Oprócz tego przed swoim CPE usłyszałam od native speakera, że najlepiej po prostu czytać po angielsku książki, to też jest pomocne.

      Swoją drogą - uważasz, że post o przygotowaniu się do takiego typu egzaminu (jakie materiały, co przerobić, co robić) byłby przydatny? :D Odpowiadając na Twój komentarz zaczęłam się zastanawiać, czy nie zrobić czegoś takiego!

      Usuń
    2. Paskudne phrasals, brr... Aż mnie telepie jak sobie o nich przypomnę :/.

      Dzisiaj odebrałam wyniki mojego testu z readingu. Masakra... A byłam w miarę pewna, że dosyć dobrze napisałam... Zawsze idę w przeciwną stronę toku myślenia niż powinnam. Co chwilę interpretuję pewny rzeczy nie tak jak być ma być w kluczu. Doprowadza mnie to szaleństwa!

      A to ja też tak mam, też się nierzadko na tym przyłapuję <3.

      A to właśnie na zajęciach przerabiamy Virginię Evans :P. Cóż za zbieg okoliczności. Dziękuję za polecanki <3. Może jak znajdę odrobinę czasu to się zapoznam z powyższymi książkami. Na pewno chętnie bym przeczytała taki post. Myślę, że nie tylko ja bym na tym skorzystała :).

      Usuń
    3. Wydaje mi się, że to kwestia praktyki. Jak mówiłam, polecam ćwiczenie readingów CPE, szybko zauważysz, na co należy zwracać uwagę :D

      Usuń
  4. Chiałabym kiedyś wskoczyć na taki poziom ang ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zabrzmi to zbyt przyjemnie, ale w takim przypadku pozostaje tylko nauka i dużo wytrwałości! Liczę, że Ci się uda! Dla chcącego nic trudnego :D

      Usuń
  5. Może jeszcze nie teraz, ale kiedyś - kto wie? ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

.

Copyright © Kulturalna meduza