Doctor Who [recenzja 11 sezonu]

Doktor powraca w nowej odsłonie, tym razem w wykonaniu Jodi Whittaker. Teraz musi wraz z nowymi towarzyszami uratować wszechświat.

Kontrowersyjny 11 sezon Doctora Who. Jeszcze zanim w ogóle otrzymaliśmy pierwszy odcinek, społeczność fanowska mocno się podzieliła. Część osób uznała, że kreacja Whittaker nie jest ich Doktorem, a zatem nie będą tego oglądać, bo na pewno będzie to złe. Inni z kolei uznali, że dopiero teraz Doktor prawdziwie się zaczyna. Trzeci, do których należę, uznali, że jak zobaczą, to ocenią. A skoro mamy już za sobą ostatni odcinek, to pora na kilka moich spostrzeżeń.

11 sezon Doctora Who jest określany mianem takiego, od którego można spokojnie zacząć swoją przygodę z tą produkcją bez obaw, że czegoś się nie zrozumie. I fakt, nie ma tutaj za bardzo powiązań z poprzednimi sezonami, pomijając kilka krótkich wspomnień dotyczących tego, że wcześniej Doktor był mężczyzną. W związku z tym: można zacząć przygodę z Doctorem Who od tego sezonu, ja jednak bym tego nie robiła. Po pierwsze czuję, że zasady wyjaśniające rzeczywistość Doktora nie są tutaj za bardzo pokryte, a po drugie: jak zaczynać, to od początku, a więc od 1 sezonu.
Przechodząc jednak do fabuły tego sezonu – poziom odcinków jest niezwykle nierównomierny. Chyba na przestrzeni wszystkich odcinków Doctora Who, nie widziałam jeszcze tak niestabilnego pod względem jakości sezonu. Mamy odcinki bardzo dobre, poruszające, pokazujące większe wartości oraz zaskakujące pod pewnym względami. Do takich odcinków zaliczają się, np.: Rosa, Demons of the Punjab czy Kerblam. Z drugiej strony mamy odcinki, w których coś nie zadziałało, były rozczarowujące i w jakimś stopniu nieudane. Takie coś miało miejsce w przypadku The Witchfinders czy The Battle of Ranskoor Av Kolos. Pomiędzy tymi dwoma grupami znajdują się jeszcze odcinki przeciętne, które nie powaliły, ale jednocześnie nie były kiepskie.

Co wpłynęło na to, że niektóre odcinki były bardzo dobre? Cóż, między innymi niesztampowość rozwiązań. Nie chcę tutaj niczego spoilerować, więc powiem tylko, że nie-oczywistość w kwestii przeciwników oraz ich dwojaka natura potrafiła kilka razy zaskoczyć. Dla mnie był to ogromny plus w tym sezonie, ponieważ na koniec mogłam się uśmiechnąć do ekranu i powiedzieć sobie, że tego się nie spodziewałam. Czułam tutaj powrót do tych odcinków Doctora Who, które podobały mi się najbardziej w trakcie mojej przygody z Władcą Czasu.

Zresztą w ogóle bardzo się cieszę, że twórcy zrezygnowali w tym sezonie z ras kosmitów dobrze nam znanych. Swego czasu Daleki niepokoiły, podobnie Cybermani, jednak w końcu ich ciągłe powroty stały się nudne. Wiadomym było, że Doktor i tak ich wszystkich pokona, a wprowadzanie tych samych zabiegów po raz kolejny było irracjonalne. Dlatego (w przeciwieństwie do niektórych fanów) jestem szczęśliwa, że nie dostaliśmy tutaj kolejnego odgrzewanego kotleta, a twórcy postanowili się wysilić w kwestii tworzonych ras kosmitów. Może i ze skutkiem wymiernym, ale przynajmniej ruszyli głowami.

Mówię tutaj o skutku wymiernym, ponieważ niektórych kosmitów, ich motywacji, a także kreacji: zwyczajnie nie zrozumiałam. Ich dobór był nieciekawy, stworzenie nudne i płaskie. Niektórzy nie zapadli w pamięć, a jeżeli tak się stało, to niestety... w sposób negatywny. Miało to miejsce choćby w przypadku wspomnianego już The Witchfinders, którego bezsprzecznie uznaję za najgorszy odcinek w całym sezonie. A może nawet za najgorszy od... cóż, dawna.

Sama linia fabularna nie do końca mnie satysfakcjonuje. Niby mamy jakieś połączenie między odcinkami, niby wprowadzono jakąś klamrę, jednak szczerze przyznaję, że finał tego sezonu był rozczarowujący i zdecydowanie twórcy mogli sobie darować wprowadzony zabieg. Nie było to w sumie nic zaskakującego, nic porywającego, a już na pewno nic dobrego.
Największą kontrowersją w tym sezonie Doctora Who była aktorka pierwszoplanowa, Jodi Whittaker. Problemy z nią związane nie wynikały z jej dotychczasowego dorobku aktorskiego, a płci. Po długim czasie zastanawiania się, twórcy serialu w końcu postanowili obsadzić w roli Doktora kobietę. A to, jak wszyscy doskonale wiemy, wywołało burzę. I naprawdę nie rozumiem, dlaczego, ponieważ zawsze było mówione, że Władcy Czasu są ponad płci, a po drugie to Whittaker spisała się świetnie.

Kreacja jej Doktora przywodzi trochę na myśl Smitha: gadatliwy, roześmiany, sympatyczny i nieco dziwaczny Doktor. Jodi Whittaker doskonale poradziła sobie z rozładowaniem atmosfery po dość mrocznym i zrzędliwym Doktorze Capaldiego (choć ja szczerze go lubiłam). Była zabawna, urocza oraz miała wszystkie cechy, które bezsprzecznie świadczą o tym, że mamy do czynienia z Doktorem. Bawiła widza, była dobra oraz kierowała się kodeksem moralnym z poprzednich sezonów. Odrobinkę zabrakło mi mroku w jej postaci, ale to raczej kwestia indywidualna: zawsze wolałam kreację Tennanta czy Capaldiego od Smitha.

Właściwie to oglądając ten serial, widz nawet nie zastanawia się, ani nie skupia na tym, że zamiast mężczyzny ma przed sobą kobietę. Widziałam tam nową wersję Doktora, którą polubiłam. Fakt, że była kobietą nie ma znaczenia. Twórcy jednak bardzo ładnie sobie poradzili z pokazaniem, że w związku ze swoją płcią, Doktor ma teraz pewne problemy i cofając się w czasie, będzie postrzegany stereotypowo: jako osoba, której zdanie się nie liczy. Uważam, że to bardzo dobry sposób na wykorzystanie tego, że w rolę wciela się Whittaker.
O wiele większą bolączkę stanowili towarzysze. Nie mam pojęcia, dlaczego ktoś z twórców postanowił zrobić sobie taką krzywdę i postawić na kilku towarzyszy zamiast jednego. Oglądając 11 sezon można zauważyć, że scenarzyści nie radzą sobie z wszystkimi wątkami i nie potrafią sprawić, aby każdy z towarzyszy był w stanie się odnaleźć. Można to choćby zauważyć przez to, że rzadko kiedy mamy sytuację, w której wszyscy przebywają razem. Stosowano głównie zasadę znaną ze Scoobiego-Doo, mianowicie: rozdzielamy się.

Sprawiło to, że w znaczący sposób został ograniczony rozwój relacji między bohaterami, ponieważ praktycznie ze sobą nie rozmawiali. Dlaczego? Bo nie mieli kiedy. Poboczne historie tych postaci niby w jakimś stopniu się pojawiały, jednak był on tak znikomy, że nie byliśmy w stanie wszystkich poznać, a zatem znaleźć powodów, aby ich polubić. Tak naprawdę odczułam jakąkolwiek sympatię tylko do jednego z towarzyszy, Grahama, który charakteryzował się największą ikrą i poczuciem humoru. Ale pozostali? Nie potrafiłam znaleźć podstaw do sympatii.

Towarzysze kuleli na wielu poziomach. Nie można zauważyć, aby w jakiś znaczący sposób wykształcili relację między sobą czy nawet z Doktorem. W przeszłości każdy z towarzyszy miał jakąś więź z Doktorem, jednak w przypadku tej trójki zdaje się, że ona nie istnieje. Niby mówi się o nich jako o „rodzince‟, ale to tylko słowo, które nie przekłada się na rzeczywistość. Ta trójka towarzyszy w żaden sposób nie wpływa na Doktora. Po prostu są i zajmują czas ekranowy...
A jak wypadło wykonanie wizualne? Raz lepiej, raz gorzej. Mam wrażenie, że najlepiej twórcy poradzili sobie z odcinkami, które działy się na Ziemi, ale w przeszłości. W ten sposób udało im się uchwycić klimat oraz wygląd przedstawianych czasów. W przypadku odcinków, których akcja rozgrywała się w kosmosie, sytuacja wyglądała nieco gorzej. Może nie w każdym odcinku, ale w niektórych zabrakło efektu „wow‟.

Dodatkowe zastrzeżenia do tego sezonu? Zabrakło mi TARDIS! Mam wrażenie, że było jej za mało w tych wszystkich odcinkach. Pojawiała się tylko na chwilę, robiąc za mało istotny środek transportu, który co chwilę się psuje i buntuje. Nie było więzi statku z towarzyszem czy Doktorem albo pokazania TARDIS jako miejsca, gdzie można pogłębić relacje między bohaterami. Z przykrością stwierdzam, że nasza ukochana niebieska budka została potraktowana po macoszemu.

Podsumowując, nie jest to najlepszy z sezonów Doctora Who. Miał kilka dobrych odcinków, jednak to za mało, aby ocenić go naprawdę pozytywnie. Z przykrością stwierdzam, że towarzysze stanowili największą wadę tego sezonu i mam nadzieję, że zostanie to w jakiś sposób poprawione w 12 sezonie. Pochwała jednak należy się Jodi Whittaker za świetną kreację Doktora.

Komentarze

  1. Nie oglądam tego serialu i trochę żałuję, że nie mam na niego czasu :c Pomyśleć, że kiedyś potrafiłam na bieżąco oglądać 20 seriali, pracować po 15h i czytać książki XD
    http://whothatgirl.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow! Kiedyś miałaś niezłe tempo :O Szkoda, że nie masz czasu na "Doctora Who", ale jakbyś kiedyś znalazła chwilę na seriale, to wiesz do czego się zwrócić ^^

      Usuń

Prześlij komentarz

.

Copyright © Kulturalna meduza