Denerwujące błędy w tłumaczeniu i redakcji książek

denerwujące błędy w tłumaczeniu i redakcji książek subiektywna lista
Nie każda książka jest idealna. Czasami zdarzają się potknięcia w przygotowaniu tekstu. Bywa, że są to pojedyncze błędy, innym razem błąd goni błąd. A jakie są najbardziej denerwujące? 

Uwaga!
Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że nie chodzi mi tutaj o uderzenie w jakieś konkretne wydawnictwo, tłumacza bądź redaktora. Mam świadomość, że błąd, który trafia do druku nigdy nie jest winą tylko jednej osoby. Wiem, że osoby zaangażowane w ten proces wykonują ciężką pracę i wcale im nie ujmuję. Wiem też, że każdemu zdarzają się pomyłki, bo jesteśmy tylko ludźmi. Niemniej: takie błędy bywają w książkach i czasami za bardzo nie zwraca się na nie uwagi, a innym razem dość żywo o nich dyskutuje. Poniżej prezentuję subiektywną listę błędów, które zauważam w książkach najczęściej, a które (niestety) działają mi na nerwy.

Zmiana płci autorów


Autorzy czasami dedykują książki innym autorom. Albo wspominają ich w podziękowaniach. Albo akcja rozgrywa się we współczesnym świecie, więc bohaterowie czytają te same książki, co czytelnik. Tym sposobem nazwiska znane odbiorcy mogą pojawić się nie raz, nie dwa. I o ile w angielskim nie ma problemów, ponieważ imion nie odmienia się przez przypadki, tak deklinacja w Polsce stanowi gwóźdź do trumny... Niestety to ona sprawia, że niektórym autorom zmienia się płeć. I tym sposobem ostatnio przeczytałam, że Wonder Woman: Zwiastunka wojny zostało napisane przez Leigha Bardugo, a nie Leigh, autorkę m.in. Szóstki wron. Podobny los spotkał kiedyś Alexandrę Bracken, z której zrobiono Alexandra. A jestem przekonana, że to nie jedyne przypadki, kiedy podobne sytuacje miały miejsce.

Pomyłki interpunkcyjne


Kojarzę sytuacje, w których blogerzy czytali książki z długopisem w ręce i zaznaczali błędy popełnione przez autorów/redakcję. I chociaż jeszcze nie dotarłam do tego etapu, zdarzało mi się krzywić, widząc oczywiste błędy interpunkcyjne. A już na pewno odczuwam frustrację, kiedy widzę, że pomylono dywiz z półpauzą (serio, ten błąd mnie bardzo boli, w dzień obrony odkryłam, że w wydrukowanej pracy magisterskiej też mi go raz nie sformatowało i byłam zdruzgotana). Są takie błędy, które pewnie przeoczę, ale niektóre niezwykle rzucają mi się w oczy i nie wątpię, że osoby, które skończyły kierunek powiązany z polonistyką, mogą cierpieć podwójnie, widząc takie potknięcia... Bo bądźmy szczerzy: przecinki mają znaczenie.
osoba czytająca książkę

Błędy w składzie


Czasami zabraknie fragmentu tekstu, a czasami błędy wynikają ze zmiany sposobu zapisywania dialogów w danym państwie i np. wypowiedź danego bohatera nie została rozpoczęta półpauzą/pauzą. Jednakże ta sytuacja, choć stanowi niedopatrzenie, aż tak mnie nie irytuje. Bardziej frustrujące jest, gdy opis zlewa się z dialogiem, kiedy nie ma między tymi dwoma partiami żadnego oddzielania. I nagle wypowiedź danego bohatera przechodzi w opis wykonywanej przez niego czynności. W jednej linijce. I tak, to trochę utrudnia czytanie, a na pewno chwilowo wybija z rytmu...

Nieznajomość terminów


To bardzo kłopotliwe zagadnienie. Mam świadomość, że każdy język rządzi się innymi prawami. Wiem, że niektórych pojęć nie da się łatwo przetłumaczyć na polski. Są zwroty, które w oryginale mieszczą się w jednym słowie, z kolei po polsku rozpisywane są na kilka wyrazów. Czasami znalezienie trafnego tłumaczenia jest trudne i sama nie wiem, jak w niektórych przypadkach bym się zachowała. Trudne jest również tłumaczenie slangu i... stąd się biorą różne problemy. Przykład? Kojarzycie czekoladki Reese's? Po angielsku na podobne wytwory mówi się peanut butter cup. W jednej książce przetłumaczono to jako kubek z masłem orzechowym. I tak, będę to wypominać do końca życia. 

Problematyczne jest również tłumaczenie zwrotów slangowych czy mowy potocznej, np. get sh*t done, które tłumaczone na polski jakimś sposobem czasami zawiera wulgaryzm g*wno, choć nie powinno, ponieważ oryginał to po prostu nieco bardziej wulgarne, emocjonalne stwierdzenie na wykonanie jakiegoś zadania, pracy itp.

Wydaje mi się, że to najpowszechniejsza grupa błędów, ponieważ zdarza się, że nieznajomość jakiegoś zwrotu albo nieumiejętne jego przetłumaczenie może totalnie zmienić wydźwięk książki czy fabuły. Serio, możę okazać się, że nasza polska wersja jest zupełnie inna od oryginalnej.

To błędy, które najczęściej zauważam i które najbardziej mnie rażą. A jak to jest z Wami? Zauważacie jeszcze jakieś?

Komentarze

  1. Czasem denerwuje mnie tłumaczenie jak najbardziej dosłownie kolokacji albo przekleństw, zamiast zastąpienia ich bardziej naturalnymi polskimi odpowiednikami. I nie jestem też zadowolona z kalek językowych typu: "wydaje się być".

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do zmiany płci - to się tyczy nie tylko autorów. Są książki, w których postaciom historycznym czy nawet bardziej ogólnie sławnym ludziom, ktoś "pozmieniał" płeć, bo nieodpowiednio coś poodmieniał. Ogólnie nie znoszę, gdy imiona i nazwy własne są źle zapisywane i mam na tym punkcie małą obsesję.
    Z błędów w składzie najbardziej rażą mnie zbyt duże liczby przeniesień. 4 są okey, ale jak widzę 7 to ze składem musiał być naprawdę wielki problem.

    W sumie po pierwszym akapicie z ostrzeżeniem myślałam, że podniesiesz dużo poważniejsze zarzuty ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam Twój tekst, gdzie chyba wytykałaś taką zmianę płci w książce dot. Korei Płn.? To jest strasznie frustrujące i wskazuje na brak profesjonalizmu ze strony redakcji książki ><

      Usuń
  3. Ja z reguły na błędy nie zwracam uwagi, moja tolerancja jest bardzo wysoka i bardziej skupiam się na fabule, niż wykonaniu książki, ale z jednym się zgodzę - opis zlany z dialogami. Nic mnie tak nie wkurza.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeśli jeszcze nie osiągnęłaś stanu, że błędy interpunkcyjne zaznaczasz długopisem, to przeczytaj "Smoczą krew. Wybrańca" Magdaleny Marków. Książka wygląda tak, jakby redakcji i korekty nie widziała, a na koniec w podziękowaniach autorka dziękuje... korektorce za dopilnowanie przecinków. -_-'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbowałam czytać! Wzięłam udział w book tourze z tą książką i przerwałam po paru stronach właśnie przez fatalny styl i dużą liczbę błędów. Totalnie zapomniałam o tej książce. Pamiętam, że inne blogerki faktycznie zakreślały wtedy błędy (chyba nawet ja wrzuciłam jakieś swoje trzy grosze w pierwszym rozdziale).

      Usuń
  5. To ja się wypowiem jako osoba pracująca jako redaktorka i korektorka - zwykle nie zwracam uwagi na błędy w wydrukowanych książkach, bo wiem, jak problematyczna bywa współpraca z autorem, który potrafi się uprzeć, że coś ma być w określony sposób napisane i żadne autorytety, żadne słowniki nie przekonają go, że jest to błąd. Inną sprawą jest to, że czasem puszcza się książkę do druku ze świadomością, że powinna mieć jeszcze trzecie, albo nawet czwarte czytanie, bo po prostu jest termin, którego przekroczyć nie można, a książka pierwotnie była napisana naprawdę bardzo źle lub po prostu czytało się i skrolowało ją tyle razy, że pewnych rzeczy po prostu nie widać. Dlatego też błędy naprawdę muszą być duże, żebym je zauważyła i zaczęła się wkurzać. Zwykle dotyczą redakcji - czasu, który płynie dziwnie, wykluczających się wydarzeń czy opisów. Poza tym wszystkie błędy na okładce - tam nie mają prawa wystąpić. Z ostatnich premier "Zdradziecka królowa" Jensen mnie przeraziła i moją pierwszą myślą było "kto to puścił?!". A tu się skład posypał i to w sposób absolutnie niedopuszczalny. Stawiam, że winą za to tak naprawdę należałoby obarczyć termin, bo książka musiała być szybko wydana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za to wyjaśnienie! Fajnie, że postanowiłaś się wypowiedzieć, jako osoba, która w tym siedzi. Wierzę, że czas oraz koszta są tutaj nierównym przeciwnikiem, ale większość czytelników nie ma tej świadomości. Mają do czynienia z finalnym produktem, w którym widzą błędy (czasem mniej, czasem więcej), stąd też nerwy :(

      Usuń
  6. Mnie wkurza niekonsekwencja - czyli najpierw zakładamy, że zostawiamy angielskie terminy, a potem nagle jednak coś tłumaczymy lub odmieniamy bądź w drugą stronę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedyś czytałam artykuł Pani Bałuk-Ulewiczowej, że tłumacząc dany tekst nie da się tłumaczowi nie dodać czegoś od siebie czy zmienić tak, żeby oryginał był oryginałem w innym języku. Tłumaczenie zawsze się wiąże z transformacją wyjściowego tekstu. Ciężko się z tym nie zgodzić, bo niemożliwym jest czasami przetłumaczenie tekstu z jednego języka na drugi tak, żeby to brzmiało dobrze. No nie ma szans :P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda! Mam świadomość, że czasami trudno coś przetłumaczyć w słowo w słowo, jednak jeżeli już się zdarzy, że tłumacz kompletnie zmieni sens danej frazy, to jest pewien problem...

      Usuń
  8. Zwróciłabym jeszcze uwagę na tłumaczenie tytułów, które w polskiej wersji daleko odbiegają od oryginału, i nie chodzi o słownictwo, ale często wypaczają sens czy klimat powieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tłumaczenie tytułów ogólnie jest niełatwe. Wierzę, że to zmora tłumaczy w przypadku każdego medium. Ale tak, trzeba przyznać, że czasami powstają niemałe potworki.

      Usuń
  9. o tłumaczeniu książek nie wiem nic, ale o filmach mogłabym napisać doktorach ;-). Szkoda, że nie da się oddać wszystkich niuansów, chyba trzeba czytać książki w oryginale ;-)

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Copyright © Kulturalna meduza