„Red, White & Royal Blue‟ – Casey McQuiston [recenzja]

red white and royal blue mcquiston recenzja
Co się stanie, gdy Pierwszy Syn Ameryki zakocha się w księciu Walii?

Podczas wesela na brytyjskim dworze królewskim wybucha kłótnia. W jej wyniku książę Henry i Alex – syn prezydentki USA – lądują w torcie weselnym, co wywołuje kryzys dyplomatyczny między państwami. Żeby go zażegnać, PR-owcy wymyślają ustawkę: Henry i Alex mają spędzić razem jeden dzień, pokazując się mediom jako najlepsi przyjaciele. Nikt się nie spodziewa, że fałszywa, instagramowa przyjaźń przerodzi się w uczucie, które młodzi mężczyźni będą zmuszeni ukrywać przed całym światem. Jak długo dadzą radę udawać?

Musiałam przeczytać Red, White & Royal Blue, ponieważ mam poczucie, że jeszcze nie tak dawno cała blogosfera tym żyła i czułam się trochę wyobcowana, nie znając fenomenu tej książki. Prześledziwszy dramy dotyczące tłumaczenia, zdecydowałam się na lekturę książki w oryginale oraz zapoznanie się (w końcu!) z historią Alexa oraz Henry’ego. I widzicie… nie jestem szczególnie kupiona tą opowieścią. 

Czytając, miałam przed oczami pięcioletnią dziewczynkę w różowym tutu, która mówi, że w przyszłości zostanie księżniczką, piosenkarką oraz weterynarzem, który będzie ratować małe koale w Australii. Niby jest cień szansy, że to wszystko się wydarzy, ale większość dorosłych uśmiechnie się pobłażliwie i powie „dobrze, złotko”, wiedząc, że za dwadzieścia lat i ona będzie się pobłażliwie uśmiechać na wspomnienie tego wydarzenia. Ta pięcioletnia dziewczynka to Red, White & Royal Blue, a dorosły to ja. 

Nie twierdzę, że ta książka jest zła, jak mógłby sugerować powyższy akapit. Bez wątpienia jest to historia urocza, przesłodka (można się zastanawiać, czy momentami nie aż za słodka) oraz zabawna. Powiedziałabym, że poczucie humoru towarzyszące tej opowieści to jej największa zaleta. Bohaterowie toczą sarkastyczne rozmowy, które wymagają od obu stron ciągłego skupienia. Co więcej, autorka przepełnia historię mnóstwem nawiązań do „Gwiezdnych wojen”, a w szczególności do „oryginalnej trylogii”. Dla mnie była to istna gratka, którą przyjęłam z szerokim (i szczerym) uśmiechem na twarzy. 

Czy oprócz tego powieść wnosi coś innego? To ładna historia o tym, że „miłość przezwycięży wszystko”, która realizuje szaloną fantazję rodem z fanfiction. Takie uczucie towarzyszyło mi przez większość lektury Red, White & Royal Blue. Myślałam sobie, że to historia, która mogłaby powstać na łamach WattPada, Tumblra, Archive of Our Own etc. To książka, która realizuje pewną uroczą wizję, w której syn pani prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki zakochuje się ze wzajemnością w Księciu Walii. Czy jednak gdyby doszło do takiej sytuacji naprawdę, dostalibyśmy takie samo zakończenie? Cóż… szczerze wątpię, ale to pewnie podstawa do dłuższych rozważań. 

Nie mogę również ukryć, że chwilami się nudziłam. Szczególnie im bliżej było końca, tym bardziej mój entuzjazm opadał. Niby wtedy mają miejsce najbardziej dramatyczne zwroty akcji, a jednak nie byłam nimi szczególnie poruszona. Chciałabym powiedzieć, że fabuła mnie porwała, ale charakteryzuje się pewnym typowym dla romansów schematów, w który zostały wplecione wątki LGBT. No i… cóż, to tyle. Fabuła skupia się wokół „ukrywamy, kim naprawdę jesteśmy i co do siebie czujemy” oraz „amor vincit omnia”. 

W sumie liczyłam, że trochę więcej dramatu przyniesie kontrowersja, jaką niósłby za sobą taki potencjalny związek. Jeżeli więc na to liczycie w tej książce, to... porzućcie te myśli. Tego typu rozważań nie ma za wiele. To przede wszystkim urocze rozmowy bohaterów, a także trochę scen erotycznych. Co, jeżeli ktoś tego oczekuje, nie jest złe. Ja po prostu myślałam, że więcej tu będzie... trudu, łez i cierpienia. A przynajmniej więcej kłopotów.

Poświęcając kilka słów bohaterom, obydwoje są ciekawi i dający się lubić. To bez wątpienia barwne i interesujące postacie. Dopisano im niełatwe historie, własne problemy oraz trudności, z którymi mierzą się na kartach Red, White & Royal Blue. Polubiłam ich, ale nie wiem, czy zostaną ze mną na długo. Zaciekawiły mnie również drugoplanowe bohaterki, więc żałuję, że nie poświęcono im ciut więcej miejsca w tej książce. Niektóre z nich zapowiadały się naprawdę dobrze, a ich historie mogły być bardzo ciekawe. Szkoda zatem, że potraktowano je nieco po macoszemu.

Zdecydowałam się na lekturę książki w oryginale, ponieważ polskie tłumaczenie otaczało wiele dram (choć obiło mi się o uszy, że wersja w e-booku jest już/będzie poprawiona). I nie żałuję tego, ponieważ wydaje mi się, że niektóre humorystyczne wątki byłyby trudne do przetłumaczenia na polski. Co więcej, nie wiem, jak poradzono sobie z tym w polskiej wersji językowej, ale zachwycało mnie to, że bohaterowie przeklinali w inny sposób. I ja wiem, że to brzmi dziwnie, ale bawiło mnie, że Henry używał brytyjskiego „bloody”, które z kolei nie był charakterystycznym określeniem dla Alexa. W ogóle kwestia ich odmiennego sposobu mówienia czy pisania smsów zasługuje na pochwałę. To taki mały smaczek, który pozwala na lepsze budowanie historii. 

Red, White & Royal Blue nie jest dla mnie niczym nadzwyczajnym. To zabawny i słodki romans (zastanawiam się czasami, czy ciut nie za słodki), który rozgrywa się na płaszczyźnie wątków LGBT. I w sumie mam mieszane uczucia: czasem szczerze się uśmiechałam, generalnie kibicowałam bohaterom, ale w gruncie rzeczy nieraz się też nudziłam. Możliwe, że gdyby historia ta nie przywodziła mi aż tak bardzo na myśl przesłodzonego fanfiction, moje podejście byłoby nieco inne. Podsumowując ten wywód, to była miła lektura, ale nie tak nadzwyczajna jak się spodziewałam po licznych peanach na jej temat (i może tu też leży problem – gdybym nie miała tak wysokich oczekiwań, być może byłabym bardziej zadowolona). W każdym razie – stawiam, że grono fanów tej książki będzie się tylko poszerzać. Ja jednak do niego nie dołączę. 

W PIGUŁCE:
| romans | wątki LGBT | motywy polityczne | USA | Wielka Brytania | rodzina królewska | rodzina prezydencka | amerykańska pisarka |

Komentarze

  1. To zupełnie nie jest książka dla mnie. 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mam w planach czytania tej książki - po prostu nie moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że polskie tłumaczenie jest takie, jak piszesz. Ale ogólnie książka mnie zainteresowała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla mnie to całe "przesłodzenie" książki i fakt, że romans LGBT nie musi koniecznie ostatecznie wiązać się z wielką opresyjnością, tylko może być prowadzony jak normalna historia "mezaliansu", było jej największym atutem :) Zresztą autorka sama pisze w posłowiu, że jej celem było stworzenie takiej eskapistycznej historii, Ameryki bez Trumpa, i ma pełną świadomość, że w prawdziwym życiu byłoby inaczej. Ale fakt, ja czytałam książkę, kiedy tylko wyszła po angielsku i nie miałam względem niej zupełnie żadnych oczekiwań, więc byłam absolutnie zachwycona :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam w planach, porównam wrażenia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Hmm, ja bym dała szansę tej książce, bo lubię tematy miłosne i do tego o LGBT.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie jestem do niej przekonana. Może kiedyś się na nią zdecyduję.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam w planach tę książkę. Na szczęście mało fanfiction czytam, książek z wątkiem LGBT jako głównym też niewiele, więc może nie będę narzekać. Dobrze wiedzieć, że momentami może być za słodka, przynajmniej wiem, czego się spodziewać.

    OdpowiedzUsuń
  9. Chętnie sprawdzę czy mi się spodoba, chociaż nie jestem pewna tej przesłodzonej historii.

    OdpowiedzUsuń
  10. No szkoda, że książka nie spełniła Twoich oczekiwań. Sporo o niej słyszałam i możliwe, że kiedyś dam jej szansę, ale nie będę może oczekiwać za dużo. ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie znam tej książki, ale lubię czasem takie aż za przesłodzone powieści. Fabuła mnie zachęciła jest to dość ciekawa historia więc mam ochotę na tę książkę jak najbardziej.

    Pozdrawiam,

    weruczyta

    OdpowiedzUsuń
  12. Może jak najdzie mnie ochota na słodkosci

    OdpowiedzUsuń
  13. Hmmm, powiem tak: mam chwile słabości, w których szukam romansu. I wtedy w sumie mogłabym sobie ją sprawdzić. XD Ale jak znam życie, koniec końców będę tylko żałować, że dałam się nabrać. No bo człowiek chciałby być tym dzieckiem, które kupuje wszystko, ale jak już czyta to się jednak okazuje, że jednak jest dorosły... i rzeczywistość nie jest cukierkowa.

    OdpowiedzUsuń
  14. ooo w sumie to ta pozycja mnie bardzo zacoeikawiła ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja jestem w tym tytule absolutnie zakochana i zdecydownie znajduje się on na liście moich ulubeńców. Szkoda, że Ciebie nie ujął. 😉

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Copyright © Kulturalna meduza