„Icebreaker‟ – Hannah Grace [recenzja]

icebreaker hannah grace recenzja
Anastasia Allen to utalentowana łyżwiarka, które każdego dnia trzyma się rygorystycznego harmonogramu, aby osiągnąć sukces. Pewnego dnia dochodzi jednak do awarii i Stassie musi teraz dzielić lodowisko z uniwersytecką drużyną hokeja. W ten sposób przecinają się jej drogi z Nathanielem, kapitanem Tytanów oraz rozpoczyna ich współpraca.

„Icebreaker” to powieść, którą widziałam wiele razy na TikToku. Porównywana do cyklu „Off Campus” oraz „Briar U” autorstwa Elle Kennedy sprawiło, że postanowiłam po nią sięgnąć. I gdy w końcu dopadłam ebooka za 4 dolary, pomyślałam sobie, że to moja szansa. No i nie jestem pewna, czy to były dobrze wydane 4 dolary…

Pierwsza połowa książki jest całkiem w porządku. Mamy tutaj dwoje charakternych bohaterów, których coś do siebie przyciąga, ale pewne wewnętrzne ograniczenia powstrzymują ich przed bliskością. Obydwoje mierzą się z przeszkodami, które utrudniają im osiągnięcie upragnionych celów. Autorka stawia przed bohaterami wyzwania, buduje chemię i ogółem zapowiada się, że będzie z tego całkiem niezła historia.

Finalnie w tej książce dzieje się wszystko i jednocześnie nic. Autorka zdecydowała się wprowadzić mnóstwo wątków oraz dużo drugoplanowych bohaterów. Każdemu chciała poświęcić chwilę, co prowadzi do tego, że żadnego motywu w pełni nie zgłębiamy. Niby problemy Stassie zostały trochę poruszone, ale i tak mam wrażenie, że potraktowane po macoszemu. Relacje rodzinne Nate’a? Totalnie zignorowane, choć niby dostaliśmy sceny, które mogłyby pozwolić nam dowiedzieć się czegoś więcej.

Polubiłam drugoplanowe postacie, ale mam wrażenie, że autorka za bardzo się na nich skupiła. Przedstawiła za dużo faktów o postaciach, które nie miały szczególnego znaczenia dla głównej fabuły. Trochę czułam się, jakby Hannah Grace budowała podstawy pod kolejne powieści, w których przedstawi nowe pary. Trochę jak Elle Kennedy. Z tą różnicą, że Elle Kennedy to wyszło…

Widziałam na Goodreads, że niektórzy przerwali lekturę książki około 60-70% książki i totalnie im się nie dziwię. Sama w tym momencie miałam kryzys. Ostatnie 30% książki jest potwornie nudne, choć teoretycznie… dzieje się. I to dzieją się rzeczy, które na tym etapie w typowym romansie powinny się dziać. A jednak się znudziłam i liczyłam na coś więcej. Co ciekawe, mimo tego znużenia, zakończenie wydawało się pospieszne, nie wyjaśniające wszystkiego w pełni i takie… rozczarowujące.

Historia Stassie i Nate’a zaczęła się z impetem, ale szybko się wypaliła. Widziałam mocne strony tej książki – próbę odczarowania psychoterapii, komunikację, charakternych bohaterów, których dało się polubić oraz mnóstwo ciepłych drugoplanowych postaci. Z czasem jednak wszystko to zaczęło blaknąć, a utrzymanie uwagi przy książce okazało się bardzo trudne.

„Icebreaker” zapowiadał się jako fajna, lekka historia. Pozostawiła mnie jedna zmęczoną oraz zniechęconą do dalszej twórczości tej autorki. A trochę żałuję, bo widzę, że mogło być lepiej. Po prostu… coś nie wypaliło.

W PIGUŁCE:
| romans | akademickie klimaty | łyżwiarstwo figurowe | hokej |

TW:
| zaburzenia odżywania |

Komentarze

Copyright © Kulturalna meduza